Ekologia nową religią współczesnego świata? (fragment)

Od wielu lat słyszymy o kryzysie klimatycznym, który ma doprowadzić do katastrofy na niespotykaną dotąd skalę. Ludzie pokroju Grety Thunberg […], stosując retorykę troski, mówią o grzechu jedzenie mięsa, latania samolotami, stosowania starych żarówek oraz ogrzewania swojego domu węglem. I tu rodzą się pytania: czy nie jest to czasem nowa religia posiadająca swoje święte księgi i swoich kapłanów, których twierdzenia od razu zyskują status dogmatów, a których podważenie w najlepszym przypadku wiąże się z ostracyzmem? A może nie jest to kryzys klimatu, lecz zdrowego rozsądku? Spróbujmy dzisiaj odpowiedzieć sobie na te jakże ważne pytania.

Ekologia (z jęz. grec. oikos + logos = dom + nauka) to nauka o strukturze i funkcjonowaniu przyrody, która bada wzajemne zależności pomiędzy organizmami oraz pomiędzy organizmami a ich środowiskiem. Pojęcie to wprowadził w 1866 r. niemiecki biolog Ernst Haeckel. Niestety, ostatnimi czasy słowo ekologia jest często nadużywane. Stosuje się je w odniesieniu do wielu działań mających na celu ochronę środowiska. I tak mamy „ekologiczną” żywność, „ekologiczne” rolnictwo, a nawet „ekologiczne” żarówki i samochody.

Wróćmy jednak do postawionej we wstępie tezy. Każda religia musi mieć swoich kapłanów. W przypadku ekologii takim samozwańczym kapłanem jest bez wątpienia wspomniana już Greta Thunberg – młoda szwedka, która zasłynęła bardzo emocjonalnym wystąpieniem podczas szczytu klimatycznego ONZ w Nowym Jorku. „Ukradliście moje marzenia i moje dzieciństwo swoim pustosłowiem, a mimo to jestem jedną z tych, co miały szczęście. Ludzie cierpią. Ludzie umierają. Zawalają się całe ekosystemy. Jesteśmy na początku masowego wymierania, a jedyne, o czym potraficie mówić, to pieniądze i bajki o nieskończonym wzroście gospodarczym. Jak śmiecie!” – grzmiała młoda aktywistka. Tak oto Greta, niczym Sybilla, wieszczy koniec życia na naszej planecie, jeśli ludzie nie ograniczą emisji dwutlenku węgla oraz nie zaprzestaną wydobywać i przetwarzać paliwa kopalne. W tym celu stosuje ogólnikową i przerysowaną retorykę.

W tym miejscu warto przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta klimatyczna histeria. Otóż 23 czerwca 1988 r. James Hansen – naukowiec NASA, przedstawił w Senacie USA raport, który z czasem stał się świętą księgą nowej religii. Zapowiadał w nim wiele kataklizmów (m.in. huragany i susze), jeśli średnia temperatura Ziemi podniesie się o 1 st. Celsjusza w ciągu kolejnych 30 lat. W rezultacie wiele rządów, uczelni i organizacji międzynarodowych zaczęło apelować i deklarować znaczną redukcję emisji gazów cieplarnianych. I tak podniesiono ceny energii elektrycznej, wprowadzono nowe opłaty, nakazy i zakazy. Mało tego. Wycięto w Ameryce Południowej tysiące hektarów puszczy dziewiczej, aby zapewnić miejsce pod uprawy biopaliw dla amerykańskich samochodów. Z kolei wiele afrykańskich dzieci zostało zesłanych do kopalń kobaltu w Kongo, aby wydobywać niezbędny do produkcji samochodowych akumulatorów surowiec. Wszystko to w imię ratowania naszej planety za sprawą jednego tylko raportu.

Raport Hansena zakładał m.in., że w ciągu 100 lat poziom oceanów podniesie się aż o 7 metrów. Dzisiaj, po dokładnej analizie ostatnich 30 lat, wiadomo, że to nie nastąpi albo będzie przebiegać z znacznie mniejszym stopniu. Hansen twierdził też, że nadejdą huragany o ogromnej sile. Aby zweryfikować jego słowa, wystarczy sięgnąć po dane klimatyczne zbierane nieprzerwanie od 1970 roku. Okazuje się, że siła i intensywność huraganów jest porównywalna z tą, jaka miała miejsce 50 lat temu. Z roku na rok miały też rosnąć koszty ocieplania się klimatu, ale i ta prognoza okazała się błędna. Co prawda zniszczenia mogą wydawać się większe, ale po uwzględnieniu inflacji i wzrostu gospodarczego, co naturalnie łączy się m.in. z większą ilością zabudowań, wartość zniszczeń jest na tym samym poziomie, co w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Wydaje się, że cała narracja towarzysząca debacie klimatycznej nie polega na ścieraniu się poglądów i wymianie argumentów, ale na głoszeniu nowej ewangelii. Z perspektywy wyznawców klimatycznego dogmatu, widzących wszystko jedynie w dualistycznych kategoriach, ludzkość dzieli się na wierzących i niewierzących, którzy śmią poddawać w wątpliwość hipotezę zakładającą ocieplanie się klimatu i znaczny udział człowieka w tym zjawisku. Co ciekawe, do jednego worka wkłada się zwykłych ludzi i naukowców, których wyniki badań nie potwierdzają zapowiadanej apokalipsy. Mało tego. Na Wikipedii powstało specjalne miejsce hańby – lista naukowców, którzy żyją, wg kapłanów nowej religii, w kłamstwie klimatycznym. Przypomina to działalność osławionej niegdyś Świętej Inkwizycji.

[…]

A jak sprawa walki ze zmianami klimatycznymi wygląda na naszym, europejskim podwórku? Otóż Komisja Europejska obiecuje obniżyć emisję CO2 o 80% do 2050 r. Cel ten jest oczywiście nierealny i to nawet wówczas, gdyby najwięksi emitenci tego gazu, jak np. Niemcy, Wielka Brytania i Francja, przenieśli wszystkie swoje fabryki do Chin. Mało tego. Wielu eurokratów – wyznawców nowej religii, próbuje sterować europejską gospodarką, niczym mistrz szachowy i w ten sposób ograć ludzką naturę. Aby zobaczyć, do jakich absurdów może to prowadzić, wystarczy przyjrzeć się wydawanym dyrektywom. Oto bowiem eurokraci wypowiedzieli wojnę małej, plastikowej słomce wprowadzając całkowity zakaz jej stosowania. Jednak historia stosowania na szeroką skalę plastiku sięga 1994 roku, kiedy to powstała inna dyrektywa dot. ratowania lasów i nakazów ograniczenia zużycia papieru. Wprowadzała ona m.in. zapisy przeciwko marnotrawstwu papieru, liczne zachęty do zastępowania wyrobów papierowych plastikiem oraz hojne dopłaty do skupu makulatury. Chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle – chciałoby się powiedzieć. Okazało się bowiem, że stworzono istny raj dla osób grzebiących po śmietnikach. Niektórzy nawet nie czekali, aż gazeta zostanie przeczytana i kradli całe palety świeżych gazet wprost spod drukarni. Wyznawcom nowej religii do głowy nie przyszło, że kiedyś gazety mogą się skończyć, a przeklęte przez nich fabryki papieru mogą zbankrutować. Podobnie jest obecnie, kiedy eurokraci forsują swoje pomysły nie biorąc pod uwagę ich skutków. A przecież samo zaniechanie wydobycia i eksploatacji węgla związane jest z bankructwem wielu przedsiębiorstw. Mało tego. Eurokraci zaczęli też walczyć z dieslami, chociaż jeszcze kilka lat temu promowali tę technologię dopłatami, jaką tę, która jest bardziej ekologiczna od samochodów napędzanych zwykłą benzyną. Trudno zatem nie odnieść wrażenia, że kapłani nowej religii mają długą historię ratowania Europejczyków z kłopotów, które sami stworzyli.

lodge

Wyniki badań temperatur północnej półkuli od roku 700 r. n.e.
(punktem odniesienia jest średnia temperatura z lat 1961-1990)

Zastanówmy się teraz jakie czynniki, oprócz działalności człowieka, mogą powodować zmiany klimatu Ziemi. Otóż istnieje teoria, wedle której zmiany klimatu występują na naszej planecie okresowo. Powyższy rysunek przedstawia wyniki kilkunastu badań temperatury półkuli północnej od 700 r. n.e. Uwagę zwracają okresy średniowiecznego ocieplenia klimatu w okresie od IX do XIII wieku, małej epoki lodowcowej w okresie od XV do XVIII wieku oraz szybki wzrost temperatury w ostatnich latach. W trakcie średniowiecznego ocieplenia Wikingowie skolonizowali Grenlandię, zaś w czasach tzw. małej epoki lodowcowej londyńscy handlarze rozstawiali zimą swoje stragany na zamarzniętej Tamizie. Istnieje też teoria, wg której kluczowym czynnikiem kształtującym klimat na Ziemi są zmiany aktywności słonecznej.

Reasumując, wielu współczesnych pseudoekologów zachowuje się w sposób, który kojarzy się z postępowaniem charyzmatycznych kapłanów głoszących słowa nowej, ekologicznej ewangelii. Zmiany klimatyczne na Ziemi zdają się być faktem. Jednak nie ma przesłanek merytorycznych pozwalających stwierdzić w niepodważalny sposób, że są one jedynie wynikiem działalności człowieka. Okazuje się bowiem, że równie dobrze może to być skutkiem aktywności Słońca lub naturalnych, okresowych zmian klimatu. Dlatego też zamiast wdrażać na siłę nieprzemyślane postulaty kapłanów nowej religii, należy dać szansę naukowcom na wypracowanie rozwiązań, które nie będą wywracać w krótkim czasie całej gospodarki światowej, albowiem każdy cel, choćby i najwznioślejszy, nigdy nie może uświęcać środków. Jednocześnie każde forsowane rozwiązanie należy w pierwszej kolejności przepuścić przez filtr naszego rozumu. Zaniechanie takiego podejścia może spowodować wzrost ekstremizmu ekologicznego i być może za chwilę usłyszymy, że to człowiek jest największym emitentem CO2, a stąd to już tylko jeden krok do postawienia postulatu depopulacji.

Rzekłem.